sobota, 7 sierpnia 2010

wielki powrót + best albums of 2010 (półmetek)

witam wszystkich ponownie.

jak zauważyliście, powstał mały burdel związany z adresem mojego bloga, przez co na jakiś czas zniknąłem, jednak teraz, pod nowym adresem - www.messerhani.com (zapamiętajcie, zapiszcie w zakładkach, wyryjcie na przedramieniach) - powracam. i od razu ostrzegam - pisanie o swoim życiu, czy też przemyśleniach, jest według mnie na tyle nieciekawe, gdy jest się mną, że pragnę zastrzec, iż nowa wersja bloga traktować będzie głównie o muzyce, filmie, kulturze, etc. moje przemyślenia czy też dygresje będą sporadyczne, lub nie będzie ich wcale.

tak więc, bez zbędnego pierdolenia, od razu wezmę się do pracy i przyjrzę się kilku albumów, które mogłyby już pretendować do tytułu najlepszego albumu 2010, mimo iż ten rok jeszcze się nie dokonał. rok 2010 obfitował jednak w tyle wspaniałej muzyki, że powoli można zbierać się do pisania pieśni na cześć niektórych wydawnictw, które u nas w przeciągu ostatnich 7 miesięcy zagościły. lista ta będzie ułożona chronologicznie, według daty wydania albumu. albumów jest 7, a zapewniam, są mocne.

Delphic - ACOLYTE
pierwszy album na liście być może nie wypieprza z kapci, ale ma w sobie pewien intrygujący chłód, który porwał mnie od pierwszego przesłuchania. chłopaki są na dobrej drodze, by wkrótce stać się gigantem wyspiarskiego alt-dance'u. 
mocne punkty: Doubt, Acolyte, Halcyon, Counterpoint

Hot Chip - ONE LIFE STAND
choć chłopaki z Hot Chip wyglądają niepozornie, na tegorocznym Open'erze ich koncert kompletnie zmiótł mnie z powierzchni ziemi. ten elektro-balladowy album sprawdza się świetnie zarówno na żywo, jak i na albumie. brakowało nam chyba syntetycznych brzmień, które nie byłyby nachalne i zgrzytliwe. 
mocne punkty: Thieves in the Night, One Life Stand, We Have Love, Take It In

Yeasayer - ODD BLOOD
mimo tego, że okładka jest paskudna, to w pewien pokrętny sposób oddaje charakter albumu. cały album brzmi jakby dosłownie był zielony, obrośnięty czymś nieznanym i dziwnym - a, o dziwo, jest to plus. mieszanie gatunków wychodzi Yeasayerowi na dobre - folk i elektronika jeszcze nigdy nie brzmiały tak dobrze razem w popowej, piosenkowej konwencji. jest to album pop, który z dumą i bez wstydu możemy położyć na półce z płytami.
mocne punkty: Ambling Alp, O.N.E., Rome, Mondegreen

Gorillaz - PLASTIC BEACH
chyba dużo o tym albumie pisać nie muszę, szczególnie iż już sytuację komentowałem. genialne w każdym stopniu dzieło.
mocne punkty: Rhinestone Eyes, Stylo, Glitter Freeze, Sweepstakes

MGMT - Congratulations
jak dla mnie - tegoroczny faworyt, jeśli chodzi o miejsce nr 1. psychodeliczny surf-rock w wykonaniu panów z MGMT wyszedł gigantycznie w porównaniu z przehajpowanym popierdywaniem i popizgiwaniem znanym choćby z ich wielkiego hitu Kids. utwory na Congratulations mają niesamowitą, nieporównywalną głębię, która porywa od razu, a Flash Delirium może spokojnie uchodzić za Bohemian Rhapsody nowej dekady. wielki plus za rezygnację z bycia idolem indie-dzieci.
mocne punkty: It's Working, Song for Dan Treacy, Flash Delirium, Siberian Breaks

LCD Soundsystem - THIS IS HAPPENING
James Murphy, mastermind projektu LCD Soundsystem, twierdzi, że jest to ich ostatni album. mam nadzieję, że albo się myli, albo bezczelnie kłamie, gdyż wydaje się, że każdy kolejny krążek pana Murphy'ego jest coraz lepszy. This Is Happening jest pełne emocji, co wpływa pozytywnie na ogólny wydźwięk albumu, piosenki wydają się być pełne serca, włożonego przez frontmana. do tańca i do różańca.
mocne punkty: Dance Yrself Clean, Drunk Girls, One Touch, I Can Change

The Chemical Brothers - FURTHER
oj, dużo się dzieje w tym albumie. przez tylko 8 kawałków przedostajemy się coraz głębiej i głębiej wewnątrz coś, co można nazwać zajebistością wypływającą spod palców Chemicznych Braci. każdy utwór kryje w sobie drugie bądź trzecie dno, które znienacka wywala z kapci. wielki mega plus za 12 minut czystego orgazmu w Escape Velocity. Bracia oficjalnie dojebali do pieca.
mocne punkty: Escape Velocity, Dissolve, Horse Power, Swoon

i to by było na tyle. do następnego, dzieciaki!

5 komentarzy:

  1. E tam, Mgmt na zawsze pozostanie idolem indiedzieci. KIedy recenzja! Chcę ją bardzooo!

    OdpowiedzUsuń
  2. Nic się nie pokrywa, ale oj tam.

    OdpowiedzUsuń
  3. Błagamy Haniego o zaprzestanie kaleczenia terminu surf rock i nauczenia się, czym surf tak naprawdę jest.

    OdpowiedzUsuń
  4. A "High Violet" zespołu The National? Nie znasz albumu, czy po prostu, jakimś cudem, nie przypadł Ci do gustu?

    OdpowiedzUsuń
  5. znam "High Violet", ale ten album wydał mi się nieco miałki i bez wykopu.

    OdpowiedzUsuń