pora wyjaśnić pewien fenomen. fenomen albumu, który jak widzicie po prawej stronie bloga, jest przykładem oceny 10 w moich recenzjach. wyjaśnienie to jest dość spóźnione (album był wydany na przełomie lipca i sierpnia 2008, czyli równo 2 lata temu), jednak należy się moim czytelnikom (jeśli gdzieś tu są).
Late of the Pier to nic innego niż czwórka nieco pieprzniętych, młodych brytoli z muzycznym ADHD. nie mają wykształcenia muzycznego, nie są wielkimi twórcami czy geniuszami, nie mają odpowiedniego zaplecza, wyszli praktycznie znikąd. ich dema były niezbyt zachwycające, wokalista nie umie zbyt dobrze śpiewać. po troszku beztalencia. zespół, jakich w undergroundowych scenach są tysiące. kilku kolegów z gitarami i klawiszami zbiera się, by zrobić coś, co chcieliby, by było uznawane za muzykę. gdy ten nieciekawy team został dostrzeżony przez popularnego DJa, Erola Alkana, dostali szansę od losu i kontrakt płytowy z wytwórnią Parlophone, a sam Alkan postanowił ich album wyprodukować. bez większego hajpu czy nastawienia na album przełomowy. po cichu, dla garstki fanów.
gdy po długotrwałym procesie nagrywania (prawie 2 lata), album, będący raczej zbiorem inspiracji i kolażem złożonym z wycinków niż ciągiem przyczynowo-skutkowym, został wydany, rozpętała się burza.
serwisy muzyczne nie wiedziały, jak się wysłowić. Allmusic mówił o "chwale" i "niewyczerpanym zasobie rozkoszy", NME o "tworzeniu cudów od podstaw", a The Guardian po prostu o tym, że "przy każdym przesłuchaniu albumu odkrywa się coś nowego, i za każdym razem ma się inną ulubioną piosenkę". wiele serwisów umieszczało ten album wysoko w listach najlepszych płyt 2008. gloria spłynęła na chłopców z siedmiotysięcznego Castle Donington w Leicestershire, i nie bez powodu.
przyłączam się do peanów na cześć Fantasy Black Channel. to album perfekcyjny, który nie nuży, nie nudzi, niczego nie przedłuża ponad miarę i nie każe czekać. nie ma wypełniaczy, nie ma spalonych momentów, nietrafionych decyzji, kompromitujących pomyłek ani żadnej głupiej muzycznej skuchy, jaka trafia się na niemal każdym albumie. od pierwszych dźwięków hipnotyzującego openera Hot Tent Blues do ostatniego jęku wokalisty i kompozytora, Sama Eastgate'a, w Bathroom Gurgle, czuje się tą bezbłędną energię, która wydaje się płynąć od samego Pana Boga z Nieba. ten album to niemalże świątynia, jak wydane 8 lat wcześniej Kid A, jednak depresja, smutek, patos i wyższe idee zostały zastąpione tym, co lubimy najbardziej - radosnym rozkurwem. jeśli wspomnicie dobrze moją listę najlepszych albumów dekady, to zobaczycie, że Kid A figurowało na miejscu 1, a Fantasy Black Channel na miejscu 2, jednak była to ciężka decyzja, i szczerze umieszczam je ze sobą na równi, choć są to dwa kompletnie inne albumy.
podsumowując - od hipnotyzującego Hot Tent Blues, przez paranoiczne Broken i Space and the Woods, energiczne i nieco zwariowane The Bears are Coming, Random Firl i Heartbeat, rozkurwiające kosmos Whitesnake, WV i Focker, nieco klasyczniejsze The Enemy are the Future i Mad Dogs and Englishmen, aż do ekstatycznego finału w Bathroom Gurgle, ten album to podróż kolejką górską, która satysfakcjonuje za każdym razem, bez mdłości i nieprzyjemnych zawrotów głowy. w pełni refundowana przez NFZ dawka adrenaliny wstrzyknięta prosto w twój mózg. album-świątynia.
ocenę końcową zgadnąć nietrudno.
10/10
Genialny album, który nie ma żadnej słabej piosenki. Zgadzam się w 100%! Oby i druga płyta nie zawiodła.
OdpowiedzUsuńJak dla mnie średniawka, takie to, jak ja to określam, indi plumkanie.
OdpowiedzUsuńto raczej ma niedużo wspólnego z indie, jak się okazuje
OdpowiedzUsuń