gdy poruszasz się z prędkością tobie właściwą poprzez twoje otoczenie, nie wynika z tego żadna zmiana oddziaływań. jakbyś nie istniał. jakbyś był pustym szkiełkiem, co to wśród kosztowności niknieje nijakością, blednie tanio, zanika stopniowo.
gdy do kroku dostąpisz szybciej i prędkość wyższą wrzucisz, to choć wiatr smaga czuprynę i ciepły oddech tlenu cię po nozdrzach pieści, to otoczenie zanika, kolory się rozmywają mimo płukania i obróbki w systemie Technicolor, jakby martwa natura zachlapana rozpuszczalnikiem rzucona przed siebie nieopatrznie.
gdy prędkość zmniejszysz i kroku zwolnisz, to jedyne co ci pozostaje, to paszcza lwa.
rozkminiając powyższy tryptyk praw fizyki parafilozoficznej nie rozgarniam sam wszystkich aspektów procesu zmiany prędkości. pozostaje dla mnie iluzją przyspieszenie kroku, którego obawiam się jak samego szatana (boję się diabła, ja pierdolę. naprawdę) - po co kiedykolwiek zmieniać wszystko na szybsze, na talerzu, na już, na teraz, na wczoraj? jakby nigdy nic nie było ważne, jakby moment obecny warty był przeskoczenia, przewinięcia. choć zwolnienie kroku może wydawać się atrakcyjną alternatywą, by chłonąć okolicę mocniej i szybciej, to tak w rzeczywistości nie jest, bo gdy wszyscy wokół już dawno na przedzie, to na tyłach, kroczek po kroczku drobiąc jak gejsza, nie pozostaje już nic. tylko ty.
a więc idę, jednostajnie, równomiernie. raz, dwa. pięta, palec, pięta, palec. choć niejednokrotnie kusi by przystać, popatrzeć, i pomyśleć sobie o tym, z jaką szybkością zrobię następny krok.
hani.
Cały dzień się uczę filozofii na jutrzejsze zaliczenie, a nikt ni w ząb nie rozumiem. Poza tym pięta, palec – kiedyś mi pani od tańców kazała tak robić w czaczy.
OdpowiedzUsuń