poniedziałek, 12 października 2009

JULIE & JULIA - recenzja

dziś recenzja filmu nieco odmiennego od mojego gustu (pomyśleć można: najpierw Antychryst, potem Bękarty Wojny, a teraz TO?)



a jednak, Julie & Julia - najnowsze dzieło Nory Ephron, twórczyni takich bzdurek jak Bezsenność w Seattle czy Masz wiadomość zrobiła najdojrzalszy i najlepszy film w swojej karierze, który znalazł miejsce i w moim sercu, co w wypadku filmów typowo "kobiecych" jest u mnie rzadkością - zwykle nie trawię komedii romantycznych (chyba że jest to Zack i Miri kręcą pornosa) i ckliwych historyjek o kobietach mierzących się z przeciwnościami losu (i tu wyjątkiem jest bardzo podobny do Julie & Julia film Jona Avneta Smażone zielone pomidory na podstawie powieści Fannie Flagg). tym razem jednak - dziękujmy za to Bogu - zabrakło typowych dla gatunku dylematów/wyborów/problemów, które sprawiają, że zawartość żołądka ma ochotę opuścić moje ciało poprzez jamę ustną w momentach, które niby powinny wyciskać łzy - Julie & Julia jakby świadomie unika tego typu rozwiązań, przez co sentymentalizm, wokół którego jakoś kręci się cała historia, sprawia wrażenie niewymuszonego i naturalnego. ale może powiem coś o fabule.

fabuła jest prosta, acz ciekawa. podstawą dla scenariusza były dwie autobiografie - pierwsza to dzieło pióra Julii Child, popularnej w latach '50 i '60 kucharki amerykańskiej, która zrewolucjonizowała sposób gotowania kur domowych w USA przez swoje książki i programy w telewizji. druga autobiografia to opis zmagań całkiem współczesnej Julie Powell, wtenczas-niedoszłej pisarki, która znudzona przygnębiającą pracą jako sekretarka w urzędzie ds. rozwoju północnego Manhattanu post 9/11 postanowiła odmienić swoje życie - wykonać wszystkie 524 przepisy z opus magnum Julii Child Mastering the Art of French Cooking w ciągu 1 roku, opisując to na blogu.
tak więc przeplatają się tu dwie historie - Julia Child trafia do Paryża w 1949 roku (jej mąż, ex-agent OSS, został amerykańskim ambasadorem we Francji). Julia, znudzona życiem żony dyplomaty, ima się różnych zajęć, po czym trafia na zaawansowany kurs gotowania, który stopniowo zaczyna wypełniać lukę w jej życiu...
...a jednocześnie widzimy, jak w 2002 roku Julie Powell trafia ze swoim mężem Ericiem do ciasnego mieszkanka nad pizzerią w Nowojorskiej dzielnicy Queens, i pod wpływem impulsu zainicjowanego przez Erica zaczyna swoje niecodzienne wyzwanie, publikując je na blogu - z początku czyta go tylko jej matka (zostawiając w komentarzach niepochlebne opinie), jednak z czasem popularność bloga - a co za tym idzie, dystans między Julie a Ericiem - rośnie...

film ten z wyjątkową lekkością miesza życia dwóch tak różnych kobiet, które jednak miały ze sobą 3 wspólne rzeczy - imię, kochających, oddanych mężów i - co najważniejsze - miłość do gotowania. jednak ten film byłby jedynie przeciętny, gdyby nie dwie wspaniałe aktorki, które podjęły się ról obu Julii - przegenialna i przeboska jak zawsze Meryl Streep jako Julia Child oraz niewiele gorsza od poprzedniczki Amy Adams jako Julie Powell. obie te role są wyjątkowo dopracowane, szczególnie w wypadku Meryl Streep, która po raz kolejny udowadnia, że jej praca to iście jubilerska robota. Meryl Streep nie gra Julii, ona nią jest - w każdym słowie i geście.

tak więc wszystkim, którzy w zimne, jesienne wieczory potrzebują wesołego, nastrojowego, podnoszącego na duchu filmu - no i kochają dobre jedzenie, jak ja (a jedzenia na ekranie jest MNÓSTWO - weźcie ze sobą coś smacznego na salę, bo wyjdziecie wygłodniali jak wilcy) - polecam wam Julie & Julia. nie zawiedziecie się.

ocena końcowa: 6/10

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz