poniedziałek, 19 października 2009

2K/10/1 - NAJLEPSZE ALBUMY 2000-2009

moi kochani, dziś rozpoczynam krótką serię wpisów, w których podsumowywać będę dobiegającą końca dekadę 2000-2009, rozpoczęcie XXI wieku. okres w sztukach wszelakich był to burzliwy i emocjonujący, tak więc w tym i dwóch kolejnych wpisach chciałbym podsumować, zestawić i porównać 10 najlepszych albumów, utworów i filmów ostatnich 10 lat. dziś zaczynam od listy 10 albumów, które moim zdaniem powinny znaleźć się w annałach jako wzorowe przykłady muzyki lat zerowych tego wieku.


zaczynamy od miejsca dziesiątego.

10. GORILLAZ - DEMON DAYS (2005)

Gorillaz to dość interesujący twór. 4 animowanych, nieistniejących muzyków to niespotykana dość sytuacja w muzyce, tak więc od początku budzili kontrowersje. ich samo istnienie jakby nasunęło wątpliwości co do jakości ich muzyki - jak w końcu animowane postaci mogą robić dobrą muzykę? - jednak nazwisko twórcy projektu, Damona Albarna (lidera popularnej grupy Blur), zagwarantowało poziom.
drugi album zespołu, Demon Days, wznosi ich technikę na wyżyny. choć nie brak tu zapędów hip-hopowych, kojarzących się zdecydowanie z debiutanckim albumem Goryli, jest to typowe dzieło reprezentujące klimatyczny trip-hop, który nie boi się eksperymentować. mamy tu wszystko - od typowo tanecznych kawałków przez bluesowe zagrywki, rapowe klasyki, rockowe zacięcia i reaggowe brzmienia do chórów kościelnych [sic!] - i niebywałym wyczynem jest to, że płyta jest wyjątkowo spójna i w brzmieniu, i w temacie.

gwoździe programu: "Last Living Souls", "Feel Good, inc.", "D.A.R.E."
zwróć uwagę na: Ike Turner na pianinie w "Every Planet We Reach Is Dead"

9. SYSTEM OF A DOWN - MEZMERIZE (2005)

każdy fan Metallici powie ci, że skończyli się na Kill 'Em All - a każdy fan System of a Down powie ci, że skończyli się na Toxicity. jak bardzo można się mylić? mimo całego geniuszu i niebywałej energii, to nie Toxicity znalazło się w moim zestawieniu, a późniejszy o 4 lata album Mezmerize, przedostatnie dzieło SOAD i jednocześnie pierwsza część duologii Mezmerize/Hypnotize. album, który wygrywa z Toxicity za niebywałą odwagę - SOAD jeszcze tak nie eksperymentował z orientalnymi brzmieniami i rockowymi klasykami jak tu. ten wyjątkowo krótki (38 minut!) wyczyn to prawdziwa perełka, wstrząsająca światem w 11 kawałkach. SOAD nie są tak ostrzy i brutalni jak w poprzednich albumach - mam wrażenie, że tu nareszcie znaleźli równowagę w swojej twórczości. jest mnóstwo gitarowego szaleństwa, ale jest ono nareszcie zrównoważone spokojniejszymi kawałkami. definitywnie ich najdojrzalszy album.

gwoździe programu: "BYOB", "This Cocaine Makes Me Feel Like I'm On This Song", "Lost in Hollywood"
zwróć uwagę na: Daron Malakian imitujący swoją gitarą arię operową (!) w "Cigaro"

8. MICACHU - JEWELLERY (2009)

Mica Levi kształciła się klasycznie w szkole muzycznej, a jej rodzice są kompozytorami także klasycznymi - a jednak Mica woli swoją muzykę na ostro. jej debiutancki album Jewellery to jeden wielki zgrzyt, jazgot i pizg wydłużony w czasie - przynajmniej tak brzmi po pierwszym przesłuchaniu. po pewnym czasie zawarte w nim utwory są równie chwytliwe jak radiowe jingle.
Micachu to połączenie rozstrojonej gitary akustycznej, niezbyt zorientowanej w sytuacji perkusji, rozszalałych klawiszy i będącym całkowitym przeciwieństwem wszystkiego, co reprezentuje słowo "charyzmatyczny", wokalu - a całość brzmi razem tak perfekcyjnie, jakby przy narodzinach Mica Levi dostała od Boga zapis nutowy tych kawałków z pozdrosem na marginesie. jeśli nieobce wam jest uczucie, że nudzi was współczesna muzyka i jej maksymalne zgranie - sięgnijcie po Jewellery. niech nie zmylą was etykietki przyklejone do takich zespołów jak The Kooks czy Arctic Monkeys - prawdziwe indie równa się Micachu.

gwoździe programu: "Vulture", "Curly Teeth", "Golden Phone"
zwróć uwagę na: wyjątkowo niestandardowy rytm w "Golden Phone"

7. FRANZ FERDINAND - TONIGHT: FRANZ FERDINAND (2008)

Franz Ferdinand to już nie nowicjusze. ich pierwszy album wywołał burzę w showbusinessie, jednak swój "najgorętszy" okres mają za sobą - drugi album przyniósł spore rozczarowanie i zero innowacji, więc wielu uznało zespół za gwiazdę jednego sezonu - jednak cztery wesołe chłopaki z Glasgow właśnie tym albumem udowodnili wszystkim, że się mylą. co wystarczyło, aby uzupełnić ich brzmienie i sprawić, by wszystko było jak nowe? chwycić za syntezatory.
tak więc bawiąc się z elektroniką Franz Ferdinand stworzył album nie tyle przełomowy, co po prostu świetny. jest w tym naprawdę mnóstwo energii, podpartej świetną muzyką autorstwa Alexa Kapranosa (wokal) i Nicka McCarthy'ego (gitara). wystarczy jedynie ruszyć w tany.

gwoździe programu: "Ulysses", "No You Girls", "What She Came For"
zwróć uwagę na: Alex Kapranos nie ukrywa tego, że nie umie śpiewać, jęcząc w "What She Came For". propsy za szczerość.

6. RADIOHEAD - AMNESIAC (2001)

nie muszę chyba pytać, czy ich znacie. określenie "najgenialniejszy zespół w historii" często pojawia się w pobliżu nazwy Radiohead. w najbardziej eksperymentalnym i również najpłodniejszym okresie działalności zespołu - na przełomie wieków - powstały trzy albumy, które na zawsze zmieniły oblicze muzyki. były to OK Computer (1997), Kid A (2000) i ten - czyli Amnesiac.
album ten ma niesamowitą atmosferę, roztaczającą się wokół od pierwszych minut. cały ten misz-masz stylów i gatunków w połączeniu z eterycznymi kompozycjami zespołu i ekscentrycznymi tekstami Thoma Yorka (lidera i wokalisty Radiohead) sprawia, że Amnesiac to album niepowtarzalny i jedyny w swoim rodzaju.

gwoździe programu: "Packt Like Sardines In A Crushd Tin Box", "Pyramid Song", "I Might Be Wrong"
zwróć uwagę na: wokale w "Like Spinning Plates" nagrane są od tyłu (!).

5. JUSTICE - (2007)

choć nie jest to pierwszy album nazwany symbolem, ten wzbudził zdecydowanie więcej kontrowersji od swojego prekursora, "" Prince'a - głównie dlatego, że nazwany został znakiem krzyża. we Francji doszło do tego, że okładki albumu w sprzedaży były pozaklejane, by ukryć symbol. bo jak można przyrównać french touchowe rytmy house do katolicyzmu? ano nie wiem jak. ale Justice uszło to na sucho, bo album jest naprawdę rewelacyjny.
może nie jest to objawienie na miarę nowego Daft Punk, jak wielu twierdzi, jest to wyjątkowo dobry album dance, który w 2007 roku rozruszał parkiety na całym świecie. operowe brzmienia połączono tu perfekcyjnie z dyskotekowym basem i typowo elektronicznym zgrzytem, tworząc, jak to określa sam zespół, electro-operę. efekt jest genialny i na długo pozostaje w pamięci.

gwoździe programu: "D.A.N.C.E.", "DVNO", "Stress"
zwróć uwagę na: sample z Britney Spears w "Valentine"

4. THE WHITE STRIPES - GET BEHIND ME SATAN (2005)

za chwilę zapewne rzuci się na mnie sfora fanów The White Stripes wyjąc, że Get Behind Me Satan nigdy nie dorówna albumowi White Blood Cells. jeżeli takie jest wasze zdanie, to trudno. ja jednak twierdzę, że Jack White przekładając gitarowe riffy na fortepian zyskał na brzmieniu jak nigdy wcześniej. i w tym tkwi geniusz tej płyty - jest to rockowy album, w którym gitara pojawia się sporadycznie. większość utworów to duet fortepianu z perkusją. wynik - album, który pozostaje na długo w pamięci. głównie za sprawą niesamowitego talentu kompozycyjnego Jacka White'a, spiritus movens The White Stripes.

gwoździe programu: "Blue Orchid", "The Denial Twist", "Take, Take, Take"
zwróć uwagę na: "Take, Take, Take" opowiada doprawdy niebanalną historię.

no i dotrwaliśmy do pierwszej trójki! here we go...

3. DAFT PUNK - HUMAN AFTER ALL (2005)

rok 2005 był dobry dla muzyki - to już czwarty album w tym zestawieniu, który powstał właśnie wtedy. ale ale, nie będę zmieniał tematu... ileż to dobrego mógłbym powiedzieć o Daft Punk! zespół, który właściwie stworzył współczesny house. zespół, który wziął wszystko, co do tej pory powstało w muzyce klubowej, i nadał temu ostateczną formę w rewolucyjnym (tak, rewolucyjnym) albumie Homework w 1997 roku. po wielu przygodach (własnej śmierci [sic!] i zastąpieniu przez roboty [sic! po raz wtóry]) Daft Punk postanowiło poczynić kolejny odważny krok wprzód - stworzyli Human After All. album pełen brudnego, zgrzytliwego, hardcore'owego electro. jednocześnie najszczersza i najuczciwsza deklaracja muzyki elektronicznej w historii - z przesłaniem. mimo robotyki, powtarzalności i schematyczności, która zmienia nas w maszyny, i tak wszyscy jesteśmy ludźmi.

gwoździe programu: "Robot Rock", "The Brainwasher", "Technologic"
zwróć uwagę na: mechaniczny rytm kończący "The Prime Time Of Your Life" to wielokrotnie spowolniony silnik motoru.

2. LATE OF THE PIER - FANTASY BLACK CHANNEL (2008)

Late of the Pier to czterech brytyjskich chłopców - może niezbyt urodziwych, ale naprawdę nieźle powalonych. kolorowy glam rock i brudne electro razem? a jednak. Fantasy Black Channel to podzielony na 12 kawałków hymn narodowy dance punka, wyjątkowo dojrzały jak na debiut, ale i nie pozbawiony kompletnego szaleństwa, charakteryzującego niedoświadczonych muzyków. pośród chwytliwych riffów i klawiszy biegających tu i ówdzie kryją się zalążki klasycznego, dobrego rocka. album zdecydowanie góruje nad innymi wyczynami muzycznymi z tego okresu, deklasując je w wielkim stylu, chapeau bas, chłopaki!

gwoździe programu: "Space and the Woods", "Heartbeat", "Focker"
zwróć uwagę na: riff gitarowy otwierający "Focker" w duchu The White Stripes.

a więc dobiliśmy do miejsca pierwszego! zanim jednak poznacie zwycięzcę zestawienia, przypomnę wszystkie albumy od miejsca dziesiątego:

10. Gorillaz - Demon Days
9. System of a Down - Mezmerize
8. Micachu - Jewellery
7. Franz Ferdinand - Tonight: Franz Ferdinand
6. Radiohead - Amnesiac
5. Justice -
4. The White Stripes - Get Behind Me Satan
3. Daft Punk - Human After All
2. Late of the Pier - Fantasy Black Channel

a niekwestionowanym liderem i zasłużonym zwycięzcą listy 10 najlepszych albumów pierwszej dekady XXI wieku jest...

[werble]

1. RADIOHEAD - KID A (2000)



bez komentarza. ta piosenka mówi wszystko.

dziękuję za uwagę.
hani.

8 komentarzy:

  1. ja to bym wywaliła micachu zdecydowanie, a radiohead...rzecz gustu chociaż idioteque lubie

    OdpowiedzUsuń
  2. polecam ci przesłuchać całe Kid A, ten album to nie tylko Idioteque.

    OdpowiedzUsuń
  3. Z tych wszystkich płyt prawie na pamięć znam plyte LOTP i potwierdzam,że jest swietna :)
    A Radiohead jeszcze przede mną!dodalabym jeszcze płytę Coldplay "a rush of blood to the head" do tego zestawienia :D

    OdpowiedzUsuń
  4. Kiedy nowa notka?!?!?!?

    OdpowiedzUsuń
  5. No trochę chyba nazbyt subiektywnie, bo miejsca 9, 7, 4 i 2 (Late of the Pier to jednak piękne nic, prócz około dwóch kawałków) wcale nie mają racji bytu w tym zestawieniu, a 10 i 3 są dyskusyjne. Na temat 8 się nie wypowiadam, bo nie znam.

    Chciałbym natomiast przypomnieć o istnieniu "Hail to the thief", "Merriweather Post Pavilion", "Funeral", "Kish Kash", "Parachutes", "Discovery" (!!!, jakim cudem tego nie ma a jest "HAA"?), "Turn on the bright lights", "Silent shout", "LCD Soundsystem", "Kala", "Saturdays = Youth" czy "Agaetis Byrjun" (!). Każde z w/w moim zdaniem rozwala wspomniane 9, 7, 4, 2, 10 i 3, choć i tak potrzeba dłuższej rozkminy czy nadawałyby się do top10 2000s...

    Za to z pierwszym się zgadzam :D propsy, pozdro

    OdpowiedzUsuń
  6. Discovery się nie znalazło w zestawieniu ponieważ HAA o niebo lepsze. a co do wymienionych przez ciebie albumów to widzę je w top 50, a nie w top 10.

    OdpowiedzUsuń
  7. Ej, czekaj, Hani, dobrze rozumiem? Znasz twórczość Animal Collective i Sigur Rós, a mimo to twój top 10 wygląda dokładnie tak?

    Zawsze wiedziałem, żeś kozak.

    OdpowiedzUsuń
  8. Gorillaz i Late of the pier, jak najbardziej ok. LOTP, chapeau bas, dokładnie. Blueberry i Best in the class też zapowiadają bardzo dobry ciąg dalszy. Radiohead jakoś poza mną zawsze byli. Ja bym jakoś, jak bym już miała robić ranking, dodała Smolika, Red hot chili peppers, Kasię Kowalską, Renton, ale nie wiem co po czym i przed czym... to ze względów osobistych. Ze względów muzycznych - bardzo rozstrzelony byłby to ranking:) ...wliczając jeszcze Epki takie jak Kamp! czy Excessive Machine. pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń