wtorek, 16 listopada 2010

My Chemical Romance - DANGER DAYS: The True Lives of the Fabulous Killjoys /recenzja/

zapomnijcie o wszystkim, co wiecie o My Chemical Romance.

zapomnijcie o tragicznych, wręcz gimnazjalnych nieporozumieniach I Brought You My Bullets..., zapomnijcie o emo depresji i kruchej żałości Three Cheers for Sweet Revenge, zapomnijcie o bona fide pop rockowej, operowej grandiozie The Black Parade. każdy kolejny album był krokiem do przodu, ale prawdziwy skok jakościowy nastąpił dopiero między Three Cheers a Black Parade. ale teraz możecie zapomnieć o tym, że być może pomyśleliście kiedyś, że hej, to Black Parade nie jest takie złe. teraz możecie zapomnieć, że kiedykolwiek przed rokiem 2010 istniał taki zespół jak My Chemical Romance. i myślę, że dla tego zespołu najlepiej byłoby zmienić nazwę. dlaczego? ponieważ ich najnowszy album, Danger Days: The True Lives of the Fabulous Killjoys, który za niecały tydzień rusza do sklepów, to kompletnie inna para kaloszy. kompletnie inna bajka. kompletnie inny mecz, kompletnie inna liga, jeśli nie kompletnie inny sport.

i tak jak jestem wielkim wrogiem wcześniej wspomnianego Three Cheers, to uważam się za osobę lubiącą Black Parade, więc nie jest to wielkie zaskoczenie, że któregoś dnia panowie z MCR pokażą nam, że potrafią dużo. i, Bóg mi świadkiem, udowodnili mi, że mam rację. Danger Days to może nie jest album dekady (a już widzę skrzywione miny znawców, kręcących nosami na ten zespół, którzy ten album ogólnie odsądzą od czci i wiary. powodzenia, chłopaki), jednak jest to album ZAJEBIŚCIE dobry. w swojej kategorii najmocniejsza pozycja mijającego powoli roku. koncept jest nieco luźniejszy niż w przypadku Black Parade, ale lider MCR, Gerard Way, nadal zdaje się dokładnie wiedzieć, o co mu chodzi, a każdy kawałek jest następstwem kolejnego, co w jakiś sposób łączy się w jedną całość.

kawałek otwierający album, o przewdzięcznym, jednak kompletnie nie do zapamiętania tytule Na na na (Na na na na na na na na na), skracanym zwykle do Na na na - serio, komu by się chciało liczyć sylaby - jest bombą. głos Gerarda nie jest już taki wyjący, nie ma w sobie tyle płaczliwej emowatości. wszystko staje na dobrej drodze. gitary pędzą przed siebie, perkusja wybija dziury w ziemi - dynamizmu nie brakuje. ten kawałek to naprawdę highlight albumu, potem panowie już tylko starają się utrzymywać wysoki poziom (poza drobnymi potknięciami typu Bulletproof Heart, ale da się to spokojnie przeżyć, bez szczególnych uszczerbków - na szczęście, pojawiają się takie niespodzianki jak wyjątkowo skoczne Planetary (GO!), czy wręcz RATMowskie DESTROYA, które wyrównują wszystkie dziury). do samego końca słucha się tego świetnie. nie nudziłem się ani przez minutę tej płyty. mogę spokojnie i szczerze powiedzieć, że jest to

kolejny apel do wszystkich, którzy nawet nie spojrzą na Danger Days, bo są zbyt fajni, by słuchać MCR - dajcie im jedną szansę, zapominając, że kiedyś byli emo, lub kiedyś za bardzo lubili Queen. po prostu spróbujcie. może się rozczarujecie, ale może nie pożałujecie. ja spróbowałem i nie żałuję.

ocena końcowa: 8/10

10 komentarzy:

  1. ale nadal wygladają jak emo

    OdpowiedzUsuń
  2. Rażące podobieństwo na fotce, Hani. To ty?

    OdpowiedzUsuń
  3. jak dla mnie najlepszy album tego roku:)i na równi z Black parade:)w sumie ich każdy album (oprócz pierwszego) mi sie strasznie podobał:) a emo na pewno nie jestem;)

    OdpowiedzUsuń
  4. katerina.16@poczta.fm26 maja 2011 23:37

    MCR NIGDY NIE BYLI EMO ! Ogarnij się człowieku , co ty wygadujesz ?! ;) Właśnie udowadniasz jak bardzo "znasz się" na gatunkach muzycznych ;(

    W dodatku bardzo nieszczęsna jest Twoja bezskuteczna próba udawania krytyka z "dobrym smakiem" , gdyż określenia są kompletnie nie trafne , za bardzo wyszukane bądź mało obrazujące rzeczywistość. Po za tym ciężko wypowiadać się na tematy , o których nie wiele się wie i nie uczestniczy w nich na co dzień.

    Osobiście Three Cheers... bardzo lubię. Jeśli nie podoba Ci się taka muzyka to okey masz do tego prawo , ale nie zarzucaj zespołowi ,że mają zmienić nazwę czy ,że wcześniejsze albumy są złe. Dla mnie są bardzo dobre dla tysięcy innych fanów też. I tak, mają w sobie dużo emocji , ale nie tej w której pułapkę etykietyczną zastawioną przez media wpadła większość. A mianowicie MCR to nie żadne , stereotypowe emo czy emocore. I nigdy nie było.

    Kim więc ty jesteś aby oceniać coś o czym - jak widzę nie masz pojęcia ? Zarzucać komuś innemu co ma robić ? Nie wiesz skąd się wzięła nazwa ( no dobra , w tym momencie buszujesz po google w poszukiwaniu tej informacji). Zmiana nazwy byłaby nie na miejscu. Każdy znający twórczość zespołu osobnik odczułby iż to nie to samo. To tak jakby zabrać jeden element w układance.

    My Chemical Romance , nie trzeba niczego wybaczać ani dawać szansy. Muzyka , którą tworzą jest na tyle dobra ,że i bez tego znajduje sobie rzeszę zwolenników.

    W ich twórczości nigdy nie było nic z gimnazjalnych nieporozumień. Piętnastolatka w ciąży - to jest gimnazjalne nieporozumienie.

    Mimo twojej marnej wiedzy na temat twórczości MCR i dużych chęci do niezdarnej próby udawania kogoś kim nie jesteś - bardzo cieszę iż podoba Ci się najnowszy album ;)

    Życzę również powodzenia w życiu i polecam wykonywanie zajęcia o wiele mniej wymagającego - któremu będziesz w stanie podołać.

    OdpowiedzUsuń
  5. Ku*wa, człowieku. Nie pisz takich durnot, bo mi ciśnienie skacze i padnę na zawał. Jak ci się nie podoba ich nazwa, to masz problem, stary. Co z tego, że zmienili swój styl?! To nadal jest My chemical romance, to nadal są ci sami ludzie. I przestań komentować coś, czego nigdy tak do końca nie przeżyłeś. Bo tą muzykę trzeba przeżyć, wiesz? To jest już spory kawałek mojego życie, słucham ich od kilku lat. I wypraszam sobie takie komentarze w stylu "A bo wcześniejsze albumy są do dupy a ten to jest taki super". Bo oni ciągle zajebiście grali tylko ty tego nie widzisz. Aha, i Gerard Way nigdy nie miał "płaczliwej emowatości" w swoim głosie. katerina.16@poczta.fm: Zgadzam się w zupełności i podpisuję pod spodem.

    OdpowiedzUsuń
  6. bleh... czytanie ze zrozumieniem, paszteciarzu. + po twoim blogu widać, że rzeczywiście mocno przeżyłaś tę muzykę.

    OdpowiedzUsuń