nowy album Muse miał premierę właśnie wczoraj (dla słabosilnych umysłowo, 15 września 2009) - i przyznam, że oczekiwałem na niego z niecierpliwością i serca drżeniem - i nareszcie schwyciłem go w swoje łapki. oblizywałem suche usta, włączając track nr 1 - dobrze mi znane już "Uprising", pierwszy singiel promujący "THE RESISTANCE" (bo tak ten album się zwie). nigdy ta piosenka za serce mnie specjalnie nie chwyciła, i tym razem mimo ogólnego podniecenia nadal nie brzmiała rewelacyjnie. jednak odpowiednio naczytałem się wszelakich opinii w internecie, które piały z zachwytu nad nowym dziełem panów z Muse - można było przeczytać o "cudzie, który ma zbawić rocka", "ponadczasowej rewelacji", "czymś więcej niż albumie" - po pierwszym przesłuchaniu "The Resistance" nawet się z tymi opiniami zgadzałem (troszeczkę), jednak gdy emocje opadły i podniecenie zgasło, przesłuchałem album po raz wtóry - i moje zdanie odwróciło się o 180 stopni. "The Resistance" nawet nie jest właściwym albumem. to raczej kolekcja piosenek - i to nie najlepszej jakości. przyznaję, że wiele zespołów nigdy nie osiągnie pułapu, jaki Muse wyznacza w swoich gorszych momentach, jednak od pana Bellamy'ego (głos i energia Muse, jakby ktoś nie wiedział) po poprzednim albumie ("Black Holes and Revelations") spodziewałem się czegoś więcej. a tu pff, wydmuszka. no i frujeb.
ale do rzeczy - po wspomnianym "Uprising" następuje parada marnych piosenek z momentami (!) do pamiętniczka - to właśnie te momenty ratują jakoś album, któremu brakuje i sensu, i spójności w wymowie - po latach pan Bellamy nadal nie wie, czy chce pisać piosenki o polityce, o psychice ludzkiej, o miłości czy o Bóg wie jeszcze czym - "The Resistance" nie ma żadnego motywu, spinającego te 9 kawałków (tracklista rzecze 11, jednak ostatnie 3 tracki to jedna kompozycja podzielona na części) - tytuł albumu sugeruje jakieś polityczne przesłanki, jednak o dziwo w tym całym mariażu ich tu jest najmniej. Matt Bellamy niestety jeszcze nie wyrósł z pisania piosenek o treści "ajlawju, jesteś zjawiskowa, jesteś aniołem, sraty pierdaty". co prawda do tej pory umiał ubrać to w jakieś interesujące akcesoria pod postacią np. genialnego riffu gitarowego "Supermassive Black Hole" - tym razem zabrakło nawet oprawy muzycznej. "Undisclosed Desires" brzmi jak kolejny kawałek Beyoncé (broni się jedynie chwytliwym refrenem), "Guiding Light" mogłoby być następnym singlem starego już i ogranego do granic możliwości U2, "Unnatural Selection" to po prostu "New Born" AD 2009, pozbawione jaj, a "I Belong To You" z potwornie wymiałczaną strofą z tradycyjnej piosenki francuskiej brzmi wręcz śmiesznie. w tych momentach brakuje mi dawnego Muse, które potrafiło pisać piosenki miłosne z niesamowitym powerem, który kopał dupsko riffami-rozpierdalaczami, głębokim, soczystym basem i rytmami wręcz stworzonymi do headbangingu. miłosna część "The Resistance" to wręcz parodia "Absolution". cytując Wieszcza - nie jestem homofobem, ale to jest tak kurwa gejowskie...
jeśli chodzi o jakby drugą połówkę albumu, czyli piosenki z przesłaniem - Muse pokazuje jeszcze co nieco swojej techniki, i to właśnie takie kawałki jak "Uprising", "United States of Eurasia", "MK Ultra" czy autentycznie dobra mini-symfonia "Exogenesis" zamykająca album, ratują "The Resistance". mimo porównań do Queen (które, przyznaję, są prawdziwe, ale to niekoniecznie źle), jest w tym dużo oryginalnego dawnego Muse.
koniec końców nie jest to album zły - chłopaki z Muse mają mnóstwo możliwości i jestem pewien, że mogą nam jeszcze dużo pokazać, ale tym razem zawiedli. rozczarowanie było nieuniknione, cóż. ale przypominam, by nie zniechęcać - nie jest to album zły. ale jeszcze nie jest na tyle dobry, by po przesłuchaniu z uznaniem pokiwać głową i uśmiechnąć się pod wąsem (taki efekt wywołało u mnie np. "In Rainbows" Radiohead z 2007 - ich najgorszy album, ale to nie oznacza że nie jest dobry). po prostu zbiór kilku fajnych kawałków i paru odrzutów, które nie trafią na mojego iPoda, a na CD po prostu będę robił skip track.
cóż, zacząłem uciekać w dygresje, pora uciąć.
ocena końcowa: 5/10
a ja już myślałam że ta płyta faktycznie jest genialna. Jeszcze jej nie słuchałam, więc wszystko przede mna, dopiero wtedy zobaczymy :)
OdpowiedzUsuńprzynajmniej okładkę mają ładna :P
Na szczęście recenzja jest subiektywna :). Dla mnie to najlepszy album Muse, gdzie chłopaki wspieli się na wyżyny! Jest to zupełnie inne Muse, ale dawno nie słyszałem, żeby któryś wykonawca wydając swój piąty album w taki sposób odświeżył swoje brzmienie. Dla mnie płyta jest właśnie niesamowicie spójna, poczynając od Uprising, a kończąc na Exogenesisach, które powodują u mnie gęsią skórkę :).
OdpowiedzUsuńJa jestem w trakcie słuchania i płyta mi się podoba, ale brakuje mi na niej tego "czegoś". Jakiegoś silnego kopa, piosenek, które wpadają w mózg i wiercą w nim dziurę na długie dni. A tak to tylko dobre słuchadło.
OdpowiedzUsuńPS. A "In Rainbows" za to baaardzo lubię ;)
Nie zgadzam sie z recenzja. Album jest ani dobry, ani zly (bo to rzecz gustu) ale za to swiezy, oryginalny i wspolczesny. Kawalki "undiclosed desires" i "i belong to you" sa ciekawe a nie "gejowskie" i wspolczuje recenzentowi takiego odbioru. A jesli ktos szuka przeslania czy elementu spojnosci to kawalek nr 2 wszystko wyjasnia (trzeba tylko zrozumiec tekst)
OdpowiedzUsuńNie no, jak Haniemu się niespecjalnie podoba, to rzeczywiście jest coś na rzeczy i może to i lepiej, że nie zamierzam słuchać.
OdpowiedzUsuńdrogi panie Anonimowy z godziny 10:59, nie twierdzę wcale że Undisclosed Desires czy I Belong To You są tworami propagującymi homoseksualny styl życia, był to jedynie cytat z Wieszcza*, a jak wiadomo Wieszcz tworzył oryginalnie w języku Królów**, a w tymże języku "gejowskie" oznacza również "beznadziejne".
OdpowiedzUsuń* Jon Lajoie
** język angielski
Szczerze mówiąc tu cię popieram Autorze tego tekstu. Za dużo ckliwości, za mało cieżkich ostrych, a za razem porywających bramień w stylu ShowBiz, Czy Absolution. Cytując samą siebie: "Undisclosed Desires-przeraziła mnie swóją popwością. Z początku możanaby pomyśleć ze to tylko taki wstęp prowadzący do czegoś ambitniejszego, lecz już po pierwszej minucie można pomyśleć że Muse to nowe Just5 albo inny discopolowy hardkor"
OdpowiedzUsuńCałą płytę The Resistance można przesłuchać na Tubeplayerze:
OdpowiedzUsuńhttp://www.tubeplayer.pl/index.php?show_playlist=247534
mnie się podoba :]
OdpowiedzUsuńpotrzebowałam takiej nowości u Muse - z każdym albumem próbują czegoś nowego. Sądzę iż to jednorazowy 'romans' z muzyką nniczym z rąk Timbalanda.