1 lipca 2009 - DZIEŃ ZERO
po wyjściu z pociągu marzyłem już tylko o ciepłym prysznicu i łóżeczku. wymieniliśmy Open'erowe bilety na opaski (kolejki wbrew oczekiwaniom niewielkie) i szybko znaleźliśmy autobus 147, który dowiózł nas do zakwaterowania na Witominie. i tu z miejsca zaskoczenie.
szef lokalu widząc nasze walizy (cóż, jechałem z czwórką dziewczyn - równa to się całej ciężarówce ubrań) stwierdził że pokój, który zarezerwowaliśmy, będzie dla nas za mały. i zaproponował nam specjalną kwaterę na którą nie ma rezerwacji, tylko dla żeglarzy - i jak się okazało, mieszczący się w przybudówce pokój nam zaproponowany nie tylko był ogromny jak psia mać (bez trudu zmieściło by się w nim na noc z 12 osób i wygodnie by się spało), to jeszcze mieliśmy telewizor z kablówką (!) i własną łazienkę, której w standardzie wybranego przez nas pokoju nie było. i co najlepsze, nie musieliśmy nic dopłacać. mmm, kak haraszo!
następnie nastąpiło (kochajmy pleonazmy) szybkie ogarniando i udaliśmy się na zakupy do pobliskiego (no dobra, nie tak pobliskiego, ale daleko to nie było) reala, w którym zaopatrzyliśmy się w dobra niezbędne do spożycia, jak np. wódka i chipsy. i rozpoczęła się impreza na pełnej kurwie.
2 lipca 2009 - DZIEŃ PIERWSZY
jak przystało na prawdziwych haroszych imprezowiczów, nie wyspaliśmy się jak ja pierdolę. po szybkim śniadanku złożonym z chleba Wasa, serków topionych i pasztetu + kubka kawy ruszyliśmy w miasto, by zapoznać się z przeboską Gdynią. cóż, nienajładniejsze to miasto, ale ma swój urok.
jako że w tym czasie odbywał się zlot żaglowców, to skierowaliśmy się na Skwer Kościuszki, by doświadczyć miejscowego folkloru i odpustu. no i wymoczyć nogi w polskim morzu. ale to wszystko pozostawało w cieniu rosnącej z każdą minutą ekscytacji - cały czas nerwowo spoglądałem na zegarek odliczając minuty do godziny 15.00, kiedy to mieliśmy udać się na dworzec główny, by wsiąść do Open'erowego autobusu i wyruszyć na Babie Doły.
przyznaję że całość przebiegała bardzo sprawnie - tłoku w autobusach nie było, a atmosfera przyjazna. jednak nieco adrenalinę podnosiły korki, w których dane nam było stać - ale krótko przed godziną 16.00 znaleźliśmy się na terenie festiwalu. w oddali widać było Main Stage, a droga daleka - ale czas podwinąć nogawki i zapieprzać przed siebie.
po drodze daliśmy się naciąć na największy szwindel Open'era 2009 - Alter kArt. te małe użastne urządzonka wciśnięto nam jako idealny sposób płacenia na festiwalu zamiast bonów. ale o tym później - nabyłem festiwalowy przewodnik, poprawiłem spodnie i ciemne okulary na nosie, zawiązałem jeszcze raz sznurówki - i tak uzbrojony byłem gotowy zmierzyć się z bramkami przed wejściem na festiwal. ochroniarze przeszukiwali skrupulatnie (i dotykali mnie bardzo delikatnie i z uczuciem, nigdy nie doświadczyłem takiego dotyku od mężczyzny xD) - jednak o dziwo wpuścili moją koleżankę z aparatem mimo iż wiedzieli, że ma więcej niż regulaminowe 3.2mpix (aparat, nie koleżanka). no i już byliśmy na miejscu.
od razu teren festiwalu przytłoczył mnie swoimi rozmiarami. stojąc przy potężnym Mainie w oddali widziałem Tent Stage, a World Stage majaczył gdzieś na horyzoncie. tłum ludzi był nie do ogarnięcia. na rozluźnienie postanowiliśmy strzelić sobie po Heinekenie - nie wypadało rozpocząć festiwalu inaczej. no i oczywiście w tym momencie okazało się, że na 20 stanowisk Heinekena w miasteczku festiwalowym numer 2 (moim ulubionym) tylko dwa z nich obsługiwały wymienione wcześniej Alter kArty. a i czytniki kart lubiły się zawieszać. ogólnie nie na wszystkich stoiskach nie dało się płacić kartami, a jak już się dało, to były do nich potężne kolejki. to jakaś masakra, panowie. Alter kArt leci do śmieci.
na samym początku postanowiliśmy odwiedzić Burn Beat Stage mieszczące się w hangarze lotniska, by potańczyć przy electro zapuszczanym przez Sorry, Ghettoblaster - trwająca 2 godziny bez przerwy impreza rozkręciła się niesamowicie.
po orzeźwieniu się obrzydliwym, rozwodnionym Heinekenem (do końca życia zapamiętam ten wstrętny smak) i zjedzeniu kiełbasy za 12 złotych (sic!) udałem się na trawę, by zrelaksować się przed długo wyczekiwanym koncertem Late of the Pier. około godziny 22.00 koleżanki udały się na Maina na Arctic Monkeys, które szczerze mnie nie obchodzi, a ja poszedłem zająć miejsce w namiocie. choć na początku było pusto, z każdą minutą Tent Stage zapełniało się ludźmi. i około godziny 23.07, gdy wybrzmiały pierwsze dźwięki Space and the Woods w wykonaniu LOTP, namiot był pełen i otoczony przez tłumy zawiedzione bardzo słabym ponoć koncertem Arktycznych Małp.
od pierwszych do ostatnich dźwięków koncertu straciłem poczucie rzeczywistości, odleciałem 3 metry ponad powierzchnię ziemi. chłopaki ostro dojebali do pieca, dając prawdopodobnie swój najlepszy koncert. i w dodatku zaskoczenie malujące się na ich twarzy - bezcenne. nie spodziewali się, że Polacy ich kochają.
po zakończeniu koncertu byłem spocony, zmęczony i ogólnie w ekstazie - do tego wcześniejsze niewyspanie i działanie alkoholu spowodowały u mnie małego zgona. tak więc Basement Jaxx zmuszony byłem chłonąć daleko od sceny, leżąc na trawie - aż w końcu postanowiliśmy zebrać się do kwatery i porządnie wyspać przed następnym dniem.
3 lipca 2009 - DZIEŃ DRUGI
oczywiście solidnie to się nie wyspaliśmy, gdyż rano zadzwoniła do mnie matka by dowiedzieć się, czy wszystko w porządku. no cóż, rodziny się nie wybiera.
standardowo ogarniando, śniadanie, telewizja i poranne rozmowy, po czym kolejny rzut na miasto i wizyta w McDonaldzie, by pokrzepić się przed przyjazdem na festiwal. kolejne zaskoczenie, bardzo miły pan kasjer, który zagadał do nas, gdy zamawialiśmy swoje zestawy. czemu Gdynia to takie przyjazne miasto? może to ten jod w powietrzu?
po przyjeździe na festiwal zakup bonów (już nie miałem nawet siły myśleć o Alter kArcie) szybki skok na Marię Peszek (niczego sobie, ale bez rewelacji) i The Gossip - i znów zaskoczenie, dali naprawdę świetny koncert. pogoda dopisywała, ludzie szaleli, a Beth Ditto mimo nieogolonych pach zrobiła świetne szoł. plus obowiązkowe wspólne wycie całej publiki na Standing In The Way Of Control, kawałku promującym całego tegorocznego Open'era.
po zakończeniu koncertu poszliśmy się posilić i - uwaga - spotkaliśmy Litwinów. siedząc na betonie i podniecając się nadchodzącym koncertem Moby'ego śpiewaliśmy sobie jego piosenki, gdy usłyszało nas dwóch chłopaków z Litwy, Linas i Arunas - podbili do nas i zaczęli z nami rozmawiać po angielsku. bardzo sympatyczne chłopaki, choć okrutnie kaleczyli język Shakespeara. przez ponad godzinę rozmawialiśmy o Mobym, Open'erze, Bałtyku, Mickiewiczu (!) i robieniu loda (!!!), po czym rozstaliśmy się, by zająć miejsca pod barierką przed koncertem.
o Mobym złego powiedzieć można niewiele, a po jego występie plusów pojawia się coraz więcej - koncert był niesamowity, przegenialny, orgazmiczny. Moby dał z siebie wszystko, jako i publika - podczas Lift Me Up całe 60,000 ludzi skakało jak opętani. po zejściu Moby'ego ze sceny mogłem już tylko położyć się na ziemi krzyżem i leżeć. i tu pojawiła się słynna Open'erowa grupa wsparcia - ludzie podchodzili do mnie pytając, czy coś mi jest i trzeba mi pomóc :)
powrót do domu ledwo pamiętam - nogi niosły mnie same. orgazmowałem po Mobym jeszcze przez całą noc.
4 lipca 2009 - DZIEŃ TRZECI
kolejny dzień zaczął się późno, wstaliśmy koło 13, by szybko rzucić się do centrum na pizzę i jechać na teren festiwalu. oczekiwałem na Madness, jednak przesunięto ich o godzinę i w dodatku na World Stage, po drugiej stronie terenu. odpuściłem sobie, by bez zakłóceń obejrzeć Faith No More. przyznam się szczerze, że znałem z całego repertuaru tych starszych panów ze 3 piosenki, ale po energetycznym i szalonym koncercie mam apetyt na więcej. podczas drugiego bisu FNM zacząłem przepychać się w stronę barierek, by być jak najbliżej podczas rozpoczynającego się o północy koncertu Pendulum. i tak około godziny 00.20 na scenę wkroczyli australijsko-brytyjscy królowie d'n'b, by kompletnie rozjebać publikę na kawałki. ten koncert to była masakra na skalę światową - dawno się tak dobrze nie bawiłem. i w dodatku wodzirej zespołu Pendulum, MC Verse, podczas przebieżki pod barierkami dotknął mojej dłoni, którą wyciągnąłem do niego krzycząc w niebogłosy. kolejny dzień zdartego gardła.
5 lipca 2009 - DZIEŃ CZWARTY
ten dzień nie zaczął się za szybko - cała Gdynia zakorkowana i pełna ludzi, a ja o 16.00 musiałem odebrać moją Karolinę z dworca głównego - udało jej się przyjechać na closing day Open'era. na teren festiwalu przybyliśmy dopiero o godzinie 20.00, by dowiedzieć się, że jedna z koleżanek nie została wpuszczona z wyżej wymienionym aparatem - selekcja się zaostrzyła (w tych butach nie wejdziesz! :D) - sto tysięcy ludzi, którzy przyjechali zobaczyć Kings of Leon, Placebo i The Prodigy, robi swoje. oczywiście zaczęliśmy od posiłku i słynnej gry w Milionerów na komórce, po czym szybki rzut na początek The Ting Tings. jak na oko całkiem spoko. potem wybiliśmy w poszukiwaniu Burna, by zebrać siły - jednak na terenie festiwalu na żadnym stoisku (ha, nawet na Burn Stage!) nie ostała się ani jedna buteleczka tego czerwonego napoju. no cóż, zakupiliśmy małą, gównianą i obleśną kawę za 4 bony i poszliśmy zobaczyć Placebo. nigdy ten zespół mnie specjalnie nie kręcił, tak i koncert mnie nie zainteresował. jednak obecność na nim miała pewne plusy, mianowicie wepchnęliśmy się bliżej sceny, by zobaczyć The Prodigy. jednak w kilka minut atmosfera stała się nie do zniesienia - ludzie przewracali się na siebie i tłumy pchały się jak opętane, więc przesunęliśmy się nieco na bok. jednak nie zakłóciło to odbioru koncertu - bawiłem się świetnie, Howlett i spółka jeszcze wiedzą, jak rozruszać tłum. według mnie był to najlepszy koncert tegorocznego Open'era, byłem w kompletnej ekstazie. ostatnie dźwięki koncertu były zwiastunami wschodu słońca - tak więc przytłoczony nadmiarem emocji udałem się do autobusu.
6 lipca 2009 - DZIEŃ WYJAZDU
po dwóch godzinach snu zebraliśmy się wszyscy do kupy i ruszyliśmy w podróż powrotną. widząc Warszawę, byłem jednocześnie szczęśliwy, że już mogę wysiąść z zatłoczonego pociągu, ale i smutny, że to już koniec. festiwal był dla mnie niesamowitym doświadczeniem, które na zawsze pozostanie w mojej pamięci. tak więc... do zobaczenia za rok w Gdyni!
hani.
lift me up, lift me up HAJANAWAMBA :D
OdpowiedzUsuńa tak czy inaczej. czuje sie dziwnie zle. dlaczego? bo boje sie, ze przyszłoroczny opener nie pobije tego. co prawda co roku mam takie przewidywania, ale teraz wyjątkowo... a teraz 'kiełba na betonie' i pamietaj. jak bedziemy sławni przebieramy sie za pantomimicznego konia! :))